URZĄD
Mimo całej tej cyfryzacji, automatyzacji itepe, pośrednik musi nadal i często latać do urzędu po mapki, wypisy i zaświadczenia, zużywając przy tym buty i paliwo. Drukowane są dla nas sterty papierków z pięknymi pieczęciami. Sprawę załatwiłby zintegrowany system informacji o nieruchomościach, który mógłby wypluwać zintegrowany raport. Mogłoby być szybko, eko i w ogóle fajnie, ale niestety jest to chyba zbyt proste lub zbyt skomplikowane, bo jakoś tego systemu jeszcze nie ma.
Szczęśliwie, pośrednicy doceniają dobrodziejstwo ruchu, oraz kontaktów międzyludzkich w czasie pracy i ganiają pokornie do przeróżnych urzędów i nie marudzą. Nie marudzą, bo sporo w urzędach zmieniło się na plus. Najczęściej jest miło, uprzejmie i szybko. Zdarza się jednak, że bywa inaczej.
Taka sytuacja:
Standardowo i w imię bezpieczeństwa narodowego, sprawdzamy przed transakcja czy nikt się w chałupie nie zasiedział, w sensie czy jakiś duch nie jest tam zameldowany. Dla niewtajemniczonych – do zaglądania w rejestry upoważnia nas, pośredników, taka fajna ustawa. Czyli wszystko zgodnie z prawem i cacy. Nasi agenci, aby zbyt często nie burzyć świętego spokoju urzędu, zabierają do sprawdzenia kilka spraw za jednym razem. Wgląd do rejestru trwa jakieś 30 sekund.
Księżniczka zza biurka urzędu: „Proszę z każdą sprawą rejestrować się osobno, w odstępach co 15 minut”.
Śmieszne i straszne zarazem.